wiosna 6_cr

Wiosna!!

Wiosna!!
Piękna pogoda, fruwające motyle, łąki pełne mleczy i pszczoły bzyczące wśród okwieconych drzew. To wszystko przed nami!! Tylko wyciągać rower i jeździć! Wiosna!!
wiosna

Jechałam dzisiaj w stronę Świdnicy i tam naprawdę czuć było wiosnę. U mnie pojawi się ona dopiero za jakiś czas, więc delektowałam się wiosennym otoczeniem ile mogłam. Idealny, rowerowy poranek na rozpoczęcie sezonu wiosennego.

Ale pomimo tak pięknego dnia, nie o słońcu dzisiaj będzie. Deszczowy weekend za nami, kolejne deszczowe dni przed nami, więc i o deszczu tym razem napiszę.

Rowerowy deszczWiem, że dobrze by było, gdyby słońce raczyło nas cały czas i zastanawialibyśmy się tylko, o które godzinie wybrać się na rower. Ale pomimo cudownych warunków, jakie oferowała nam zimowa aura, nastał czas, kiedy patrząc za okno można pomyśleć Rower odpada, przecież pada.

Ale trening to trening. Przecież jadę w Alpy! Nie będę miała tam włączonej klimatyzacji w gorący dzień, ani ciepłych nawiewów, gdy będzie zimno. Alpy nie rozpieszczają, więc zmierzyłam się z deszczem.

Przyznam, że na początku miałam lekkie obawy. Nie dlatego, że zmokłabym, czy też zmarzła. Dlatego, że nie miałam doświadczenia z mokrą szosą. Zaczęłam nawet negocjować z Trenerem wymianę opon na szersze, chciałam schować się w lesie, a nawet pojechać płaską szosą, żeby tylko uniknąć zjazdów. Ale nie ma tak łatwo. Po Przemku mogę spodziewać się podnoszenia poprzeczki, a na pewno nie jej obniżania, tylko dlatego, że się boję. Miały być więc góry i wąskie opony. Nie było dyskusji.

Więc dalej nie dyskutowałam, tylko wsiadłam na rower i postanowiłam sprawdzić jak się jeździ po mokrej drodze.

zdjęcie 3Teraz mogę powiedzieć, że jeździ się całkiem dobrze. Oczywiście musiałam być bardziej ostrożna, ale generalnie czułam się na szosie całkiem pewnie. Deszczowe spięcie odczuwałam trochę na zakrętach, ale biorąc pod uwagę, że to dopiero moje początki, jestem pewna, że za każdym razem będzie coraz lepiej.

Najlepsze jest jednak to, że deszcz zupełnie mi nie przeszkadzał. Wprawdzie w sobotę nie padało za dużo, ale pięciogodzinny niedzielny trening, był już całkiem mokry. To samo było zresztą wczoraj. Dzisiaj natomiast stwierdziłam, że pobiłam sama siebie. Sprawdzając pogodę na niedzielny trening, na widok deszczowej chmurki jedyne co pomyślałam, to to, że potrzebuję zabrać ze sobą kurtkę przeciwdeszczową. Nawet do głowy mi nie przyszło, żeby zrezygnować z wyjazdu, który planuję od dwóch tygodni. Nawet jak myślę o minionych weekendowych treningach, to w głowie mam ciekawe podjazdy i dobrze wykonaną pracę. W sumie to nawet uśmiech na ustach, jak przypomnę sobie o deszczu. Stał się on tylko elementem treningu, który przestał mieć większe znaczenie.

Więc deszcz padał, wiatr wiał, a chmury starały się blokować wszelkie oznaki ładnej pogody. Ja natomiast w te dwa deszczowe dni spędziłam na rowerze ponad dziewięć godzin i zaliczyłam trzy sowiogórskie przełęcze. Sprawdziłam czy podjazd Walim – Sierpnica – Rzeczka faktycznie jest taki stromy, jak o nim piszą, a że mi się spodobał, zrobiłam to jeszcze dwa razy. Przejechałam łącznie troszkę ponad 160 km i byłam przeszczęśliwa.

Co tam deszcz! Przecież jest wiosna. Jadę!!

Tour de Głuszyca

I nadszedł czas na las

Och jak ja unikałam lasu!

Dla mnie to były tylko kamienie, na których  mogę upaść, bolące ręce od ściskania kierownicy na zjazdach i strach przed upadkiem. Skutkowało to ciągłym hamowaniem na najmniejszej nawet górce. Fakt jest faktem, unikałam lasu jak ognia. Przecież ja wolałam ciszę szosy, wolność myśli i przestrzeń dającą głęboki oddech dystansu. Po co mi las??

Okazało się, że jednak jest potrzebny. Trener przemówił mi do rozsądku mówiąc, że jak wjadę w las to pewniej będę czuła się na szosie. Szczególnie podczas zjazdów. Ten argument był dla mnie wystarczający. Jeśli ma to wpłynąć na mój wynik na szosie to wszelkie obawy odstawiłam na bok i postanowiłam doświadczyć lasu. Od decyzji do realizacji minęło wprawdzie kilka tygodni, ale w ostatnią niedzielę stwierdziłam, że nastał właściwy moment. Cztery godziny treningu i strefa MTB tuż pod nosem. Łącznie z moim mężem wybrałam się na poznanie jego świata. Ciekawość miałam wielką.

Początek nie był jednak zachęcający. Wybraliśmy trasę Tour de Głuszyca, którą postanowiliśmy delikatnie zmodyfikować. Wjazd od strony Grzmiącej oznaczał, że stanęłam przed niesamowicie stromą górą z wąską ścieżką, całą pokrytą liśćmi. Hmmm… I co ja miałam z tym zrobić? Jak tam wjechać? Spróbowałam, ale nie dość, że było to dla mnie niewykonalne to jeszcze tętno skoczyło mi poza zakres, którego miałam się trzymać. Pierwsze co zrobiłam, to wysłałam szybką wiadomość do trenera „Wjechałam w las, jest inaczej. Mogę sobie zwiększyć tętno o 10?” Nie wiem czy wiecie, ale zakres tętna to świętość :)

Pozwolenie dostałam i… zaczęłam wprowadzać rower na szczyt :) Ale się wkurzałam! Trening miałam zaplanowany na cztery godziny, a ja prowadziłam rower! Jak tak ma wyglądać las, to ja dziękuję! Całe szczęście to był jedyny nieciekawy punkt programu. Wprawdzie po wyrównaniu terenu, co chwila musieliśmy przeprowadzać rowery przez zwalone drzewa, ale i to niedługo się skończyło :)

LasW którymś momencie zaczęłam czuć las. Wąskie ścieżki pokryte liśćmi, strome zbocze i kamienie, a ja jechałam zupełnie się tym nie przejmując. Byłam tylko ja, mój rower i pełna koncentracja. Przejeżdżałam przy samym zboczu i zupełnie nie czułam strachu. A wystarczyłby moment, chwila nieuwagi, aby polecieć dobrych kilkanaście metrów w dół. Nagle miałam w sobie dziwną pewność. Taką świadomość, że ja i rower bardzo dobrze ze sobą współpracujemy. To była jedność, która na szosie jest zupełnie inaczej odczuwalna.

Tour de GłuszycaA później było już tylko lepiej. Na zjazdach pozbyłam się strachu całkowicie! Choć oczywiście nie od razu. Pierwszy zjazd, szeroka lekko kamienista droga z  wyżłobieniami po płynącej wodzie. Jak jechałam po prostej trasie wszystko było ok, ale teraz miałam zjechać i strach mnie obleciał przeokropny. Cała spięta pokonałam jakoś ten odcinek i pełna obaw czekałam na następny. Ale kolejny przyniósł mi coś nieoczekiwanego.

Zaczęłam zjeżdżać, droga była wąska i musiałam zmieścić się w dziurawym, kamienistym wyżłobieniu. Kurcze! Przecież nie mogłam czuć takiego strachu! Jak mam zjeżdżać z alpejskich przełęczy jak na jakiejś górce w pobliżu Andrzejówki mam strach w oczach. Wtedy nastąpiła pełna koncentracja. Nogi lekko ugięte, ciało uniesione do góry, siodełko kontrolowane przez uda, ręce lekko trzymające kierownicę i ostatni składnik mojego sukcesu, głowa. Fu*k your fear, Sylwia - i pognałam w dół!!

Zero strachu, zero myślenia i analizy. Szybkie działanie, pełna kontrola. Okazało się, że jak tylko pozostawiłam gdzieś za sobą wszelkie obawy i wizje upadku, to rzeczywistość zaczęła wyglądać zupełnie inaczej. Wszystko się działo jakby w zwolnionym tempie, a ja czułam, że niezależnie od przeszkody, która pojawiła się na drodze, jestem w stanie kontrolować sytuacje i właściwie wyprowadzić rower. Nie straszne mi już były kamienie, dziury i zakręty. Miałam kontrole nad rowerem i nad sobą. Ta jedność, którą poczułam jadąc po Rybnickim Grzbiecie, tu dala o sobie znać ze zdwojoną siłą i czułam, że z moim biało-czerwonym rowerem stanowimy naprawdę dobry team.

Tour de GłuszycaWiecie co się się stało później? Chciałam jeszcze więcej!! Ścigałam się z Adamem, a nawet nauczyłam się podskakiwać rowerem przy przejeżdżaniu przez belki przecinające drogę. Zjeżdżałam ponad 30km/h i byłam z tego bardzo dumna. Nie miałam w sobie cienia strachu. Tylko kontrola, pełna kontrola :) Raz dopuściłam do swojej głowy myśli i efekt był taki, że od razu zwolniłam. Adam śmignął obok mnie, a ja pozostałam w tumanach kurzu. To mi uświadomiło jak bardzo potrzebuję mieć wolną głowę i że ma to ogromny wpływ na szybkość mojej jazdy.

To był naprawdę super rowerowy dzień. Rybnicki Grzbiet, Andrzejówka, Łomnica, Głuszyca Górna i Janowiczki. Szybko do Bartnicy, mój ulubiony podjazd na szczyt Sierpnicy i zjazd do Głuszycy obok pięciu stawów. Ludzie chodzą tam z dziećmi na spacery, a my po tych kamieniach śmigamy na rowerach. Brudni i szczęśliwi. Wojtek z babcią i dziadkiem, Kuba na przełajach w Jeleniej, a my mamy naszą rowerową wolność. Mówcie co chcecie, ale pięć godzin na rowerach z mężem bez dzieci to bardzo pozytywny element tylko naszej, wspólnej, małżeńskiej przestrzeni.

Ostatnio miałam odpowiedzieć na pytanie: szosa czy las. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka w lesie, więc nie mogłam się obiektywnie do tego odnieść. Dzisiaj też nie wiem co bym wybrała. Szosa i las to zupełnie inne światy. Szosa jest dla mnie jak medytacja. Uwalniam myśli, nabieram dystansu, delektuję się przestrzenią i pokonuję strome podjazdy wygrywając sama ze sobą. Takie sam na sam z własnym wnętrzem. A las? Las to dla mnie dzikość i adrenalina. Złość, którą możesz wyładować pokonując coraz to ostrzejsze zjazdy. Takie „poboksowanie” w wydaniu rowerowym. W lesie mój świat był skoncentrowany na 40 cm wokół mojej opony. Szybko, agresywnie i odważnie. Nie ma czasu na medytację i bycie sam na sam ze sobą. W lesie byłam ja i rower przeciwko kamieniom. Wąski świat, pełen adrenaliny i rowerowej harmonii.

Póki co nie wybieram. Ale czuję, że jest to początek całkiem ciekawej przygody :)

Tour de Głuszyca

P.S. I nie wykorzystałam tych 10 dodatkowych uderzeń serca. Całe 52km we właściwym zakresie tętna :)

Sobótka nagłowe

Konsekwentna wariatka

Od kilku godzin chodzi mi po głowie jedna myśl: pozostały tylko cztery miesiące. Cztery miesiące…

I nie myślę o tym w kontekście treningów i tego czy zdążę, czy dam radę. To jest skalkulowane przez mojego trenera i wiem, że zdążę i wierzę, że dam radę. To raczej świadomość bliskości realizacji tego celu. Przecież rok temu był on tylko jednym zdaniem zapisanym w zeszycie. Dzisiaj jest ogromną częścią mojego życia. Zresztą nie tylko mojego. Mojej całej rodziny, przyjaciół i znajomych, którzy cierpliwie znoszą moje ciągłe trajkotanie o rowerze. Pochłonęło mnie to całkowicie. A za cztery miesiące…

cisza?

Jak to będzie? Jeszcze TYLKO cztery miesiące tego szalonego tempa i tych wszystkich niesamowitych rzeczy, które dzieją się wokół.

Jest to bardzo dziwne uczucie, jakby takiej przyszłej straty. Z jednej strony jestem całkowicie zaskoczona tym, że taka myśl pojawiła się w mojej głowie, a z drugiej chcę dzięki temu jeszcze lepiej wykorzystać każdy dzień i nie przegapić, nie przepuścić przez palce ani jednej minuty. Jestem przekonana, że jak tylko wjadę na metę i emocje już opadną, wyznaczę sobie kolejny cel i… zacznę trenować :) Jednak to będzie już coś całkiem nowego. A teraz mam cztery miesiące na cieszenie się realizacją mojego osiem59. Jeszcze 124 dni mojej przygody. Och! Motyle w brzuchu są!

Ostatnio wiele osób pyta mnie skąd biorę tyle energii na treningi i mówi o mojej konsekwencji i determinacji. A tak naprawdę to właśnie treningi dają mi tyle energii. Nie wychodzę z domu z myślą, że już nie mam siły i jak dam radę, tylko idę się tą energią naładować. To naprawdę działa :)

Tak bardzo chcę osiągnąć swój cel, że nawet jak przez myśl mi przejdzie, aby o kilka minut szybciej zakończyć trening, odbieram to jako chęć oszukania samej siebie. Przecież to o mnie właśnie chodzi. Tylko i wyłącznie. Jeżeli chcę osiągnąć coś tak bardzo dla mnie ważnego i dodatkowo z pogranicza rzeczy niewykonalnych, to dlaczego miałabym odpuszczać? Co bym później sama sobie powiedziała? Zresztą po trzech miesiącach trenowania, wyjście na trening stało się dla mnie czymś tak naturalnym, że ciężej byłoby mi powstrzymać się przez kilka dni od działania zgodnie z rozpiską.

Wczoraj jeździłam na rowerze przez pięć godzin. Na godzinę przed wyjściem mój mąż opowiadał mi, że kiedyś jak widział swoich kolegów, którzy jeździli po sto kilometrów to myślał, że są nieźle zakręceni. Śmiałam się, że teraz taką ma żonę. Choć u mnie na liczniku maksymalnie było 85km. Ale na treningu wyszło 108,5 km, więc jednak dołączyłam do tej grupy. Z energią, konsekwencją i determinacją :)

sobóttka crsobótka

Przełęcz Walimska

Rowerowy zawrót głowy

Przez ostatnie cztery rowerowe treningi objeździłam prawie całe moje treningowe „podwórko”: Niedźwiedzica, Zagórze Śląskie, Przełęcz Walimska, Rzeczka i Andrzejówka. Wyjeżdżając na wczorajszy trening pomyślałam, że mam naprawdę bardzo dobry wybór i w którą stronę nie pojadę, zawsze natrafię na jakąś ciekawą górkę :)

Moje objeżdżanie rozpoczęłam w środę. Wybrałam Andrzejówkę i powrót przez Unisław do Wałbrzycha. To dwa bardzo ciekawe podjazdy, które chciałam pokonać lepiej niż ostatnim razem. Miałam ogromne pokłady energii i wykorzystałam je najlepiej jak potrafiłam. Nogi miałam bardzo zmęczone, ale radość z dobrze wykonanego treningu ogromną! Sprawdzałam na ile moje nogi są wytrzymałe i nie zwracałam uwagi na to, że pieką i chcą już przestać. Jeżeli tętno i kadencja były w założonych zakresach, oznaczało to, że mogę jeszcze dać moim mięśniom popracować :) Już wyjeżdżając na trening wiedziałam, że dam z siebie więcej niż dawałam do tej pory. Okazało się, że pokłady dodatkowej siły faktycznie gdzieś tam drzemią i mogę je wykorzystywać.

Ten trening był naprawdę rewelacyjny! Jedynie 1,5 godziny jazdy, ale zdobyte doświadczenie bezcenne :)

Andrzejówka

Odkrycie nowych możliwości wywołało we mnie fale entuzjazmu i z niecierpliwością czekałam na weekend. Dwa dni dłuższych treningów! Już nie mogłam się doczekać, aby sprawdzić czy wszystkie moje teorie sprawdzą się w praktyce na innych podjazdach.

W sobotę postanowiłam spędzić podjeżdżając pod Niedźwiedzicę i Polesie. Oba podjazdy nie należą do najłatwiejszych, więc zapowiadało się ciekawie. Ale sprawy przybrały zupełnie inny obrót niż myślałam :) Było zimno, mokro i jak się okazało ślisko. Na pierwszym skrzyżowaniu wpadłam w poślizg i cały mój waleczny nastrój od razu się ulotnił. Zastąpił go strach przed upadkiem, co przełożyło się na wolną jazdę. Oj… to były bardzo frustrujące dwie godziny. Tym razem pokonały mnie zjazdy i własna głowa. Nawet fakt, że oba podjazdy pokonałam o 27% szybciej niż poprzednim razem, nie okazał się na tyle mocny, aby zrekompensować mi to uczucie niezadowolenia, gdy zjeżdżając z górki widziałam na liczniku 28 km/h.

niedźwiedzica1

W niedzieli pokładałam nadzieję na powrót do formy. Piękna pogoda, trzy godziny jazdy i ogromna chęć wyjeżdżenia całej złości. Poprzeczkę jednak ustawioną miałam odrobinę wyżej. Trener zaplanował mi na ten dzień jazdę w trochę niższym zakresie tętna, co oznaczało, że poszaleć zbytnio nie będę mogła. Myślałam, że siła moich argumentów przekona go do zmiany zdania, jednak myliłam się bardzo. Wyjeżdżałam więc z nastawieniem, że uda mi się gładko przejechać wszystkie górki, będę szybka na zjazdach i dodatkowo będę trzymała się ustalonych parametrów, choć wiedziałam, że to będzie najtrudniejsze. W sumie teraz, jak to napisałam, stwierdziłam, że byłoby dziwne, gdyby trener sam, dobrowolnie wyraził zgodę obniżenie mi poprzeczki :) Niższy zakres był faktycznie trudniejszy do osiągnięcia – punkt dla niego.

Oczywiście mogłam pojechać w kierunku Świdnicy i delektować się płaską drogą, ale nie.. ja wybrałam Przełęcz Walimską :)

Przełęcz 4To z jednej strony był bardzo dobry trening, a z drugiej zupełnie pokręcony.

Zadowolona byłam z podjeżdżania na stojąco, z całkiem dobrego tempa, z trasy, którą wybrałam i ze zjazdów, na które już się nie blokowałam. Jednocześnie wkurzałam się na siebie, że nie potrafiłam się powstrzymać i choć pulsometr informował mnie o przekroczonej granicy, to ja zachowywałam się tak, jakbym chciała obniżyć tętno siłą woli – zupełnie bez sensu. Ten trening uświadomił mi, że potrzebuje popracować nad pilnowaniem wszystkich ustalonych granic. Co z tego, że pojadę trochę szybciej, jeżeli później stracę przez to o wiele więcej. I tu już siła mięśni nie ma za wiele do powiedzenia. Tu cała odpowiedzialność kryje się w głowie :)

Objazd po okolicznych górkach zakończyłam w dniu wczorajszym. Krótkie 1,5 godziny przeznaczyłam na dawno nie odwiedzany przeze mnie podjazd Sierpnica – Rzeczka. Tam to dopiero idzie się zmęczyć! Krótko, ale porządnie :) A, że miałam bardzo dobry dzień na jeżdżenie, czerpałam z tego tylko samą przyjemność.

Wczoraj byłam już tylko ja, mój rower i pełna koncentracja. Bez wkurzania się na przekraczane granice i bez strachu przed zjazdem. Taka dobra wspólna praca moja i mojego roweru. Uśmiech miałam od ucha do ucha, ponieważ taka wolność daje mi największą radość z jazdy :)

Cztery treningi i każdy z nich był zupełnie inny. Przez te kilka godzin spędzonych na rowerze, przez moją głowę przewinęło się mnóstwo emocji, często zupełnie skrajnych. I choć rower pomaga uwalniać myśli i wszystko sobie poukładać, to jednak najlepsze są treningi, kiedy jestem tylko ja i mój rower. Czysta przyjemność jazdy, bez analizy i rozplątywania myśli.

Co zrobić gdy brakuje sił

A co zrobić, gdy brakuje sił?

Pójść na trening! :D

W tym tygodniu miałam bardzo dobry czas treningowy. Poniedziałkowy dzień wolny pomógł mi zregenerować siły i spędzić trochę czasu w oderwaniu od mojego rowerowego projektu. To też mi się przydaje, a co lepsze czasami udaje :)

Z całkowitą nieświadomością tego co mnie czeka rozpoczęłam również wtorkowy poranek. Wiedziałam, że rano nie zdążę z treningiem (miałam zaplanowane bieganie), więc udało mi się w ten jeden dzień powrócić do czegoś, co jeszcze kilka miesięcy temu było standardem. Pobudka jeszcze przed wszystkimi, spokojne śniadanie z chłopakami, spokojna rozmowa i taki magiczny poranny luz – wypróbowane i sprawdzone. Rewelacyjny początek dnia :D

śnieżka

A pięć godzin później zaczęło się! Wszystko na raz! Jak zawsze :)

W pracy cały dzień było co robić. Dodatkowo okazało się, że następnego dnia mam bardzo ważne spotkanie, do którego potrzebowałam się dobrze przygotować. Wieczorny coaching (o którym na pewno jeszcze napiszę) przesunął mi się w ostatniej chwili o 25 minut, a w głowie cały czas miałam niezrealizowany jeszcze trening. Wszystko całkowicie się pokręciło!

Padnięta i z listą rzeczy do zrobienia, wyszłam z pracy przed 21-szą. Zanim dotarłam do domu, przebrałam się i ruszyłam na trening, zrobiła się 22:09. Wychodziłam na dwór ledwo wlokąc za sobą nogi. Naprawdę byłam już umęczona. I zaczęłam biec… Dwie minuty później po zmęczeniu nie było ani śladu :) I to jest dla mnie wprost niewiarygodne! Wystarczyła chwila, a ja czułam się już zupełnie inaczej. Pobiegałam 1,5 godzinki, po powrocie poćwiczyłam jeszcze ramiona i kilka minut przed północą plan treningowy miałam zrealizowany.

Jedlina 4

Na koniec dnia, a pamiętajcie, że miałam jeszcze listę „do zrobienia”, chyba najbardziej byłam zadowolona z tego, że nie szukałam sobie powodów, aby o tej godzinie zostać w domu. Gdybym chciała to lista argumentów „przeciw” byłaby pewnie długa. A tak, uzupełniłam poziom endorfin na kolejne dni :D

Trening, trening...

Trening, trening, jeszcze raz trening

Ale się w tym czasie działo :) To zdecydowanie był efekt wprowadzonych zmian :)

Osiem dni wymagających treningów przeplatanych medialnymi informacjami na temat mojego wyzwania. To był naprawdę szalony tydzień :)

Wcześniejsze przesunięcie wolnego dnia wymagało ode mnie więcej wysiłku w tym tygodniu. Dzisiaj nareszcie delektuję się tym najważniejszym dniem w treningowej rozpisce. „Wolne jest obowiązkowe i jest częścią planu a nie nagrodą” – trener trzyma mnie krótko :) Więc obowiązkowo odpoczywam i regeneruję siły na kolejny treningowy tydzień. Będzie tylko 8 godzin pracy, doprowadzanie mieszkania do ładu, zabawa z dzieciakami, nadrobienie kilku zaległych spraw i nareszcie więcej czasu spędzonego z mężem. Regeneracja pełną parą! :)

Ale po czym odpoczywam? Zaraz Wam powiem :)

W tym tygodniu Przemek zaczął podkręcać mi już trochę treningi.”Nie lubię poniedziałków” – nie, nie – to nie u mnie :) Godzinka porannego biegu podwyższa poziom endorfin i skutecznie zapewnia dobry humor na cały dzień. Niemal 11 kilometrów w trochę ponad godzinę i można było iść do pracy.

poranne_bieganie

Wtorek należy ostatnio do treningów na siłowni. W tym tygodniu łączyłam już wykroki z obciążeniem z ćwiczeniami wzmacniającymi ramiona. 50 kilogramowa sztanga trzyma się na moich ramionach całkiem stabilnie i z treningu na trening czuje, że jestem silniejsza. Mogłam sobie pozwolić na większy wysiłek i wracając czułam, że powłóczę nogami i ciągnę za sobą ręce :)

Był to tylko przedsmak moich środowych zmagań z core. Tak jak ćwiczenia na brzuch nadal sprawiają mi niesamowitą przyjemność, to część na ramiona wzbudza we mnie frustrację i wolę walki. Kilka minut wystarcza, aby pokazać ile jeszcze pracy przede mną. Całe szczęście miałam w rozpisce dodatkową godzinkę biegu więc mogłam „wybiegać” swoje niezadowolenie :)

Po czwartkowym spinie i prawdziwej ciężkiej pracy moich mięśni, piątek spędziłam na basenie. Poprzeczka z treningu na trening ustawiona jest coraz wyżej i tym razem na rozpisce znalazło się 157 długości. Zrobiłam trochę więcej i cały czas nowo odkrytą żabką krytą :) Z tego jestem najbardziej zadowolona!

Wiem, wiem… to były Walentynki. Ale z nimi też zdążyłam :) A w międzyczasie w ogarnianiu wszystkich innych obowiązków towarzyszył mi mój rowerek. Dobry sposób na szybsze znajdowanie samochodu na parkingu :)

Rower1

rower2

rower3

No i nastał rowerowy weekend! Sobota to samotna 2,5 godzinna jazda i ponad 55 kilometrów na liczniku, a niedziela to wspólny trening z chłopakami z KKW JAMA Wałbrzych. W 3,5 godziny przejechałam 85 kilometrów i nie było mowy o odpoczynku. 20 lat więcej mobilizuje do trzymania tempa :) W grupie jeździ się zdecydowanie lepiej.

Czechy

Myślę, że jednak zasłużyłam na ten dzień odpoczynku :) Dużo pracy skutkowało późniejszym wstawaniem i koniecznością przesunięcia treningów na wieczór. Jednak nie jest to dobre rozwiązanie. W tym tygodniu mam nadzieję uda mi się wszystko dobrze poukładać i wrócę do porannych treningów i wieczornego czasu z rodziną. Organizacja i regeneracja, oto  moje hasła na ten tydzień :)

Czekam więc z niecierpliwością na kolejną rozpiskę i zbieram siły. Cały czas idziemy, oj przepraszam… jedziemy do przodu :D

Zmień to

- Moje ramiona to ciepłe kluchy 
- Zmień to

Ten krótki wycinek mojej rozmowy z trenerem, na długo pozostał mi w głowie. W sumie to nawet mu tego nie mówiłam, ale jego „zmień to”, krótkie i zdecydowane, naprawdę zatrzymało mnie przy tym dialogu na dłużej. Te dwa wyrazy były tak mocne, że cały czas mam je w myślach. Powtarzam i wtedy to naprawdę wydaje się proste. Jestem z czegoś niezadowolona, hmmm… zmienię to!

Niezależnie ile książek poczytałam o zmianie życia na lepsze, o wychodzeniu z kryzysów, o stawaniu się lepszym, „zmień to” nabrało zupełnie innego znaczenia, gdy… zaczęłam zmieniać. Kiedy sama świadomość konieczności zmiany już mi nie wystarczyła, wzięłam życie w swoje ręce i zaczęłam kreować świat według własnego pomysłu. Odczuwam to na własnej skórze i mogę powiedzieć: inni o tym czytają i opowiadają, a ja to robię. Przeżywam, wdrażam, koryguję, dopasowuję, boję się, boję się, boję się, doświadczam, zmieniam…

Wczoraj wsiadłam na rower i wyruszyłam na ponad trzygodzinny trening. Nie miałam pomysłu na trasę, więc jechałam „przed siebie”. Po 1,5 godzinie dojechałam do skrzyżowania, które jeszcze 3,5 roku temu mijałam każdego dnia. Wyjeżdżam w Pieszycach i mam do wyboru dwa kierunki: na lewo Dzierżoniów, na prawo Wałbrzych. I wczoraj poczułam, że ten drogowskaz jest dla mnie niezwykle symboliczny. „Zmień to”. Ja zaczęłam już jakiś czas temu.

Dzierżoniów-Wałbrzych

Dzierżoniów to stabilna praca w banku i ponad trzynaście lat „zarządzeń”. Wałbrzych to (od razu pojawił się uśmiech na mojej twarzy :D), to własna firma, więcej stresu, nieograniczone możliwości i o wiele więcej satysfakcji. To dopiero była zmiana! Strach przed tym krokiem był ogromy, ale teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym zrobić inaczej. Pamiętam, że ciągle piekły mnie uszy. Przez jakieś trzy miesiące! Wszyscy pewnie mieli ciekawy temat do rozmowy. Zamieniłam kierowanie placówką banku na staniki! Niezła sensacja :)

Wczoraj też skręciłam w stronę „Wałbrzycha”. Tam zdecydowanie więcej się dzieje!

Marmotte – to jest dopiero zmiana! Za kilka dni minie pełen rok, kiedy zapisałam sobie ten cel na kartce. Jako takie podsumowanie robię co roku i w ubiegłym doszłam do wniosku, że poświęcając się całkowicie pracy, zapomniałam zupełnie o sobie. O swoim rozwoju, o własnych celach niezwiązanych z praca, rodziną i całą resztą. Gdzieś całkowicie się zagubiłam, ale jeszcze ostatkiem sił zdecydowałam to zmienić. I tak się rozpoczął cały proces zmian, o których nawet nie miałam pojęcia, że zadzieją się w mojej głowie i w życiu :)

A tych zmian, którym stawiałam czoła, okazało się bardzo dużo. Pamiętam strach, kiedy pierwszy raz, wzięta z zaskoczenia, miałam porozmawiać z przyszłym trenerem. W tym ułamku sekundy byłam przytłoczona myślą, że to się dzieje naprawdę i nie mam już odwrotu. Że w momencie przystawiania słuchawki do ucha i wypowiadania pierwszych słów, do kogoś po drugiej stronie, biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność za zrealizowanie mojego celu. I całe szczęście postanowiłam zmienić ten strach na coś co było jeszcze jedną wielką niewiadomą :)

Nie napiszę Wam wszystkiego, ponieważ jest tego zadziwiająco dużo. Ale każda zmiana, na którą się decyduję, niesie za sobą niezwykłe pokłady emocji. Potrafię bać się przez cały tydzień i robić wszystko, aby tylko odłożyć na bok wykonanie „zadania”. Potrafię stworzyć sobie w głowie zupełnie nieprawdziwe historie, zanim siądę i obiektywnie spojrzę na rzeczywistość. Potrafię siedzieć i nic nie robić, bo jestem sparaliżowana strachem przed kolejnym krokiem, a na dodatek jestem niezwykle uciążliwa dla wszystkich wokół. Ale na przeciwwagę mam zachowane gdzieś w zakamarkach pamięci pozytywne emocje, które pozostały jako doświadczenie wszystkich wcześniejszych zmian. I ostatecznie one przeważają w tej walce ze strachem przed nowym krokiem w nieznanym kierunku. Dokładam do tego świadomość, że mój strach jest tylko potwierdzeniem tego, że idę właściwą drogą i…

Zmieniam to!

Już po zrobieniu pierwszego kroku okazuje się, że jestem lata świetlne do przodu. Że ten cały strach, niepokój, zdenerwowanie, tak naprawdę nic nie znaczą, jak już zdecydowałam się działać! I to niesamowite uczucie, kiedy rezultaty mam widoczne naprawdę bardzo szybko. I często przechodzą one moje najśmielsze oczekiwania!

Aż strach pomyśleć, gdzie bym była, gdybym nie odważyła się zmieniać :)

Oj… sentymentalnie mi trochę tym razem wyszło. Ale to przez to skrzyżowanie i rower :)

Czas, żabka i pierwsze zanurzenie

O dziwo basen nie tylko uczy mnie pływać.

Ponad dwa miesiące temu pisałam trenerowi, że pływanie nie jest moją mocną stroną. Krzywy kręgosłup i umiejętność pływania tylko żabką z głową u góry, przywoływały raczej negatywne skojarzenia. Ale nie było gadania :) Miałam pójść na basen i godzinę pływać. Pluskać się w swoim rytmie. I tak „wypluskałam” 84 długości. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że to całkiem sporo. Sprawdziłam nawet czy 25m długości nie dotyczy płynięcia tam i z powrotem :) Ale całe szczęście nie – po prostu dobrze mi poszło.

Nauka jednak zaczęła się dwa baseny później i tak naprawdę trwa do dziś. Basen to jedyne miejsce, gdzie jestem tylko ja i czas. Nie mam pulsometru, więc wsłuchuję się w siebie bardziej, niż podczas jakiegokolwiek innego treningu i odpowiednio narzucam rytm.  Płynę, czas wychodzi sam. Takie też jest założenie na mój lipcowy wyścig. Jechać w określonej granicy tętna, maksymalnie na swoje możliwości. Czas sam z tego wyjdzie, nie może być na niego spinki. Jak to?! A jak nie wypracuję swojego czasu? Oto moja pierwsza reakcja. Ale całe tłumaczenie i sens tego działania, zrozumiałam dopiero na basenie.

Założenie: 90 długości. Pierwszy raz miałam wyznaczoną konkretną ilość, a nie czas, który mam pływać. Ja, jak to ja – szybko zdecydowałam, że przepłynę to w godzinę, pomimo tego, że mój dotychczasowy rekord wynosił 86 długości. To była najgorsza walka jaką przeszłam. Cały czas zamiast skupić się na sobie, pilnowałam zegara. Przyspieszałam, traciłam siły, znowu przyspieszałam. Wkurzałam się strasznie i w dodatku miałam wrażenie, że woda sama mnie hamuje. Po godzinie wymęczona byłam strasznie, a nawet nie przekroczyłam swojego dotychczasowego rekordu. Walka z czasem, czymś całkowicie niezależnym ode mnie, okazała się moją całkowitą porażką. Wtedy zrozumiałam o czym mówił trener. Poczułam to na własnej skórze. Taka walka pochłania o wiele więcej siły. A ja ignorując możliwości własnego organizmu sama pozbawiam się paliwa do dalszej jazdy.

Teraz bardzo tego pilnuję. Oduczam się kontrolowania czasu i staram się płynąć bez tej presji. Nie jest to proste, ale widzę pozytywne efekty. Powstrzymuję moją chęć rywalizacji, a nie wiedzieć czemu na basenie odczuwam ją najmocniej. To naprawdę cenne dla mnie lekcje :)

A dzisiaj? Dzisiaj NARESZCIE odważyłam się zanurzyć głowę!! Jestem z siebie bardzo dumna! Rozwijam się! Pływam krytą żabką :D

Wyszło mi 156 długości w 110 minut – czyli rytm bez patrzenia na czas, nadal mam ten sam :) Mogę tak pływać bez końca!

basen

Siła ramion, hmmm…

Powróciłam na siłownię… z hantelkami. Tym razem nie ćwiczyłam mięśni czworogłowych, więc mogę uznać, że „przepowiednia” chłopaków z siłowni się nie sprawdziła.

Skupiałam się na wzmocnieniu mięśni ramion. Wyposażona w zestaw prawdziwego amatora, znalazłam wolną ławeczkę i zaczęłam robić ćwiczenia. Zestaw zadanych ośmiu ćwiczeń znałam, jednak tak naprawdę, nigdy go nie robiłam. I przyznam, że siadanie na ławeczce z hantlami oraz przygotowywanie do ćwiczeń, wydawało mi się bardzo nienaturalne i… trochę nawet krępujące. Ale pokonałam swój opór żółtodzioba i wzięłam się do pracy. W końcu trening czekał na zrealizowanie :)

Siłownia 2

Godzina spędzona z czterokilogramowym obciążeniem, pokazała słabe strony moich ramion. Zupełnie nie zdając sobie sprawy co mnie czeka, rozpoczęłam od „motylka”. Moje zdziwienie było ogromne, kiedy ramiona nagle poleciały w dół, zamiast zatrzymać się w wyznaczonej pozycji. Zdecydowanie potrzebowałam się skoncentrować! Od tej pory pilnowałam mięśni, aby pracowały właściwie i zrobiłam wszystkie zadane serie. Nie powiem, że było łatwo. Ramiona mam słabe, więc mięśnie piekły i drżały. Lewa strona jest zauważalnie słabsza i przy końcówce ostatnich serii miałam wrażenie, że podnoszę hantle już tylko siłą umysłu.

Pomiędzy seriami wypatrzyłam swojego „idola” :) To chłopak, który bierze udział w triathlonach. Jest tak skoncentrowany na swoich ćwiczeniach, że patrzyłam na niego pełna podziwu. Obłożony piłeczkami i matami, wytrwale ćwiczył swoje ciało i zupełnie nie korzystał z wszelkich dostępnych urządzeń. Wśród tylu umięśnionych facetów, tylko po nim było widać, że naprawdę ma w sobie wielką moc. A nie tylko wyćwiczone dla wyglądu mięśnie. Jego koncentracja była dla mnie naprawdę porażająca. Wtedy poczułam śmieszność mojego początkowego poczucia nienaturalności. Przecież ja mam również wielki cel!! Koncentracja! Pełna koncentracja! Moje mięśnie naprawdę potrzebują swoje przepracować. A patrząc na niego to jeszcze długa droga przede mną – ale zdążę!

Siłownia, wymęczone mięśnie i dobry motywator – to miałam na początek. A na koniec treningu, dnia i sił, poszłam pobiegać. Bieg wyszedł nadprogramowo. Potrzebowałam poukładać myśli i okazał się on najlepszym rozwiązaniem. Nie przejmując się zupełnie tym, że zegar wskazywał 22:30, wybiegłam dokończyć trening. Może bieganie po ciemnych ulicach nie było najlepszym rozwiązaniem, ale zdecydowanie potrzebnym! Uderzenia nóg o asfalt wyznaczały miarowy rytm, tętno mieściło się w wyznaczonym zakresie, a głowa spokojnie uwalniała myśli. Taka samotność połączona z wysiłkiem bardzo dobrze mi robi. Wtedy nawet bieganie nabiera całkiem nowego wymiaru, a ja z kroku na krok nabieram dystansu.

I dla mnie jest to jedna z lepszych stron trenowania. Chwila samotności, zmęczenia i wyjeżdżenia, bądź wybiegania, daje całkiem sporą dawkę siły. Jestem zmęczona, a jednak zrelaksowana i szczęśliwa. Od razu łatwiej podejmować kolejne decyzje i stawiać czoło kolejnym wyzwaniom :) Każdy z nas znajduje coś dla siebie, a ja się cieszę, że nie zwlekałam więcej i mam swój „rower” :)

 Siłownia 7

Siłownia 8

Siłownia 1

Siłowania 8

Siłownia 9

Garmin SRalmin

Przyznam się od razu – na dzisiejszy trening zaspałam.

Wczoraj skrupulatnie przemyślałam sobie poranek, aby jeszcze przed pracą przebiec założone na dzisiaj 1,5 godziny. Jednak mój organizm miał zupełnie inne plany. Poza moimi plecami postanowił nadrobić ostatnie pracowite noce i absolutnie nie reagował na żaden z budzików. Lekko więc modyfikując założenia, trening został przesunięty na godzinę 16:15 i chroniąc się przed wiatrem, pobiegłyśmy z Dorotą w las.

Dorota szykuje się do marcowego półmaratonu. Trzymam za nią mocno kciuki i korzystam kiedy tylko mogę, aby z nią pobiegać. Z góry przepraszam wszystkich biegaczy, ale muszę przyznać, że mnie bieganie dość… nudzi. Dlatego, albo udaje mi się połączyć bieg z Doroty treningiem, albo wnioskuję do trenera o jakieś interwały, aby coś się „działo”.

Obrałyśmy kierunek na Andrzejówkę. Były więc całkiem ciekawe podbiegi, leśne krzywizny, oblodzone ścieżki i ślady saren na śniegu. Wyszło trochę ponad 14 km i nawet udało mi się pobić rekord na 5 km. Nie był to jednak jedyny rekord, choć tego drugiego endomondo nie uwzględnia :)

Bieganie

Od początku za każdym razem przegrywałam z ostatnim podbiegiem, który prowadzi na moje osiedle. Wkurzało mnie to strasznie!! Cała moja praca nad utrzymywaniem się w granicy tętna szła na marne w ostatnich minutach treningu! Dzisiaj nawet w ostatniej chwili pomyślałam, że powrócę inną drogą, aby ominąć ten pechowy podbieg. Gdy tylko ta myśl pojawiła się w mojej głowie wyobraziłam sobie, jak będę się po tym czuła. Jak tchórz!!! I podjęłam wyzwanie! Przypomniałam sobie wszystkie „wyrównaj oddech, wyrównaj oddech” i.. UDAŁO SIĘ!!! Pierwszy raz cały trening przebiegłam w granicach tętna!!! Moje WIELKIE wewnętrzne zwycięstwo!!! To jest taka szczera i niesamowita radość żółtodzióbka :)

Gdzieś pod Andrzejówkę

Zresztą słuchajcie! Moje tętno podczas treningów to długa historia :) Jak wiecie, pulsometr traktowałam jako gadżet, a nie jako urządzenie wpływające na cokolwiek. Jednak po pierwszym spotkaniu z trenerem uwierzyłam, że będzie on potrzebny. Podłączona do tego ustrojstwa biegałam zgodnie z rozkazem, aby sprawdzić jaką mam wytrzymałość i wszelkie granice, przedziały i inne, o których nie miałam pojęcia. I tak oprócz wiedzy, że moje tętno maksymalne wynosi 200, zostałam zapoznana z różnego rodzaju tabelkami i argumentami przemawiającymi za pulsometrem.

Na pierwsze bieganie zabrałam ze sobą pulsometr ściągnięty z roweru mojego męża. W porównaniu z wykresami, które widziałam u trenera, moje dane były dość skromne. Jedyne co mogłam przekazać to ile czasu byłam w granicach tętna, a ile poza. Po tym doświadczeniu stwierdziłam, że jak trener ma na bieżąco monitorować moje postępy i rzeczywiście chcemy zrealizować nasz cel, to powinnam dostarczyć mu maksymalnie dużo informacji, aby wiedział co należy korygować i nad czym pracować. A do tego szczegółowe dane o moim tętnie podczas całego biegu były konieczne. Jako, że dobre pulsometry ze wszystkimi parametrami, które będą „niezbędne” do efektywniejszej pracy, nie należały do sprzętów, na które chciałabym wydawać tak duże pieniądze, skorzystałam z Garmina…. SRalmina :)

Z czego ten plik? Co to za dziwne cyferki? Hmmm… pytania trenera wskazywały, że nikt na to wcześniej nie wpadł :)

Otóż: Garmin SRalmin to nowa wersja popularnego pulsometru, stworzona przez kreatywną Sylwię Rekowską – stąd nazwa SRalmin :)

Ponieważ chciałam mieć bardziej szczegółowy obraz mojego tętna i jego zmian postanowiłam, że na dyktafon nagram wszystkie zmiany tętna, które wskazuje mój pulsometr :) I tak właśnie zrobiłam!!! Najpierw godzina treningu, a później kolejna godzina wpisywania moich parametrów do arkusza! Ale reakcja trenera – bezcenna!!!

Żeby nie było – nadal z niego korzystamy :)

Garmin Sralmin